Two minutes to midnight
kwiecień 16, 2008 autor Robert Szymczak

“Chorus
The killers breed or the demons seed,
The glamour, the fortune, the pain,
Go to war again, blood is freedoms stain,
But dont you pray for my soul anymore.
2 minutes to midnight
The hands that threaten doom.
2 minutes to midnight
To kill the unborn in the womb.”
Iron Maiden “Two minutes to midnight”
Cudowny jest ten moment kiedy nie można zasnąć, nie dlatego, że się nie może, tylko, że się nie chce. Leży się wtedy, słucha tego co się w okół dzieje i jedyne czym się zajmujemy to istnieniem. Wbrew pozorom dzieje się dużo, zawsze w nocy dzieje się dużo. Kulawy diabeł skacze po dachach i zagląda bezczelnie przez okna, czarny kocur przebiega cicho, cichutko przez ulice, a dawne bóstwa, których już nikt nie czci, wyją żałośnie do księżyca za dawnymi czasami. Co jakiś czas pod oknem przemknie jakiś wąpierz, żeby pójść do zapyziałego baru i napić się wódki, zabić nudę, którą daje wieczne życie. I tak przez całą noc, ty tylko leżysz i słuchasz i obserwujesz zamkniętymi oczami. Jak upiór, tylko brakuje opery.
Potem człowiek budzi się, wkłada płaszcz i buty ze stukającymi podeszwami (prawdziwe buty muszą mocno uderzać o chodnik) i wychodzi na świat słoneczny, świat spalinowy, świat żywcem wyjęty z “La valse d’Amélie” Yanna Tiersena, wypełniony muzyką akordeonu, szmerem naszych głosów, chrobotem Warszawy i radością serc. Idziemy raźnym krokiem przez miasto, schylamy lekko głowę przed okienkiem starej kamienicy, w której odpoczywa w kurzu diabeł i kruszymy trochę chleba, żeby rzucić okruchy gołębiom. Trójca święta swoją drogą, ale miejskim demonom też ofiarę wypada złożyć. Chce się żyć, chce się tańczyć walca, zanucić “New york new york” Sinatry i iść dalej. tup tup tup.
Wieczorem po ciężkim dniu stukamy podeszwami trochę mocniej, czując na plecach ciężar zmęczenia. Szalik wije się po ramionach, kurtka opada z sił i układa się na mnie do snu. Gołębi już nie ma, odleciały załatwiać swoje demoniczne sprawy, czarny kocur powoli przełazi z jednego dachu na drugi, a ja stukam coraz szybciej podeszwami. Stuk, puk, stuk, puk, chód, bieg, więc biegnę, tańczę bieganego walca między kamienicami. Oddaje hołd powstańczym pomnikom, uśmiecham się do Pana z Gitarą i lecę dalej. Chyba gołębie mnie lubią.

Wszechogarniający kosmos czy brukowana uliczka, północ czy południe, Lucyfer czy Gołąb i tak jest magicznie i tak się żyje. Nigdy nie będzie takiego życia ![]()




tekst ironowy mało optymistyczny raczej. nie każdemu chce się żyć.
Co mogę powiedzieć… Ładne logo, a i wpis ciekawy.
Oby tak dalej. 
>a dawne bóstwa, których już nikt nie czci, wyją żałośnie do księżyca za dawnymi czasami.

Opcjonalnie pomiędzy bóstwa mogą wkraść się Sąsiedzi. Niezwykle perwersyjni, śpiewający do nieba Nienasycony głód…
też mam stukające podeszwy, szczególnie gdy najdzie mnie rytm muzyki i nie chce puścić, potrafię wtedy coś ala zastepować i przestepować tak dobrych kilkaset metrów
Stukające podeszwy to podstawa, zwłaszcza, kiedy wraca się w środku nocy i deszczu po podeptanym chodniku. Wtedy ten stukot, tupot nabiera magicznego wydźwięku. Często sprawdzane i testowane na sobie. Aczkolwiek trochę straszne, kiedy idzie się bo asfaltowej drodze, która biegnie przez środek lasu, ponieważ wówczas każde stąpnięcie odbija się echem złowieszczym od drzew i powoduje gęsią skórkę.
Co zaś tyczy się gołębi. Są to bestie niezwykle zmyślne i wielotwarzowe - z jednej strony są niezależne, co pokazują, kiedy wypinają w locie kupry na ludzi, lub kiedy spod ogona spada łajnobomba; z drugiej strony są święte, gdyż nawet sam Duch wcielił się w gołębia, aby obwieścić jakieś ważne… no… obwieszczenie, a jak wiadomo Duch Święty ma dobry gust, gdyż przeważnie wciela się w pełne kobiece kolano; z trzeciej zaś strony - są piękne, a niektórzy po prostu zazdroszczą im tego wdzięku i możliwości oderwania się od ziemi na pięknych wielokolorowych skrzydłach.
A gdyby tak… gołąb… w butach do stepowania… hmm…
Gińcie gołębie, gińcie!
Fajny wspis. Bo ZUO jest fajne. ;P