
“Ach, co za noc! Prześpiewaliśmy ją!
Czarne jak kruk miałaś włosy.
Ach, co za noc! Po co nam inny dom?
Gdy niebo nad głową i deszcz?!”
Tom Waits “Deszczowe psy”
Muzyk powoli pochylił się nad umywalką i powoli zaczął lodowatą wodą obmywać sobie twarz. Zimny płyn palił go w twarz, zdzierając zmęczenie wielu nieprzespanych nocy i sprawiał, że w jego żyłach krew płynęła szybciej, rozgrzewając go i pobudzając do działania. Łazienka w której właśnie przebywał była wyjątkowo malutka i wyjątkowo obskurna, jak to większość łazienek mieszczących się na zapleczu barów. Zielona tapeta odchodziła od ścian, umywalka, która kiedyś prawdopodobnie miała biały kolor, teraz przybrała odcień szarości, kran był lekko wygięty w lewo, a lustro było brudne, choć nie na tyle, żeby nie dało się zobaczyć swojej twarzy. Tego wieczoru Muzyk dałby wiele, żeby nie musiał oglądać swojej twarzy. Była blada, poliki pokrywał trzydniowy zarost, którego nie miał czasu ściąć, włosy (choć niedawno skracane) już wjechały mu na czoło i wyglądały kiepsko. Muzyk miał dosyć wszystkiego, chciał, żeby ten wieczór już się skończył, a on mógł się wreszcie położyć, zatracić świadomość choć na chwilę i odpocząć, tak prawdziwie odpocząć. Niestety póki co nie było to możliwe, więc wcierał sobie w twarz zimną wodę, licząc na to, że pomoże mu oprzytomnieć. Nie pomagała. Z plecaka leżącego koło niego wyjął grzebień, paczkę Camelów bez filtra i zapałki. Włożył do ust papierosa, zaciągnął się potężnie i rozpoczął skrupulatne czesanie się. To był jego stary nawyk, mógł przez kilkanaście dni nie golić się, chodzić w pogniecionych ubraniach itp. ale uczesać się musiał, zwłaszcza, że jego kręcony włosy były praktycznie niemożliwe do poskromienia. Co jakiś czas przerywał czesanie, żeby wyjąć papierosa z ust i strzepnąć popiół do umywalki. Kiedy uznał, że nic lepszego z jego fryzury nie będzie, uznał, że czas założyć strój sceniczny. Ściągnął z siebie czarnego t-shirta ze “Słonecznikami” van Gogha i wyjął z plecaka nowiutką granatową koszulę polo. Czym prędzej wciągnął ją na siebie, zapiął pod szyją i narzucił na to starą, sztruksową marynarkę. Kiedy uznał, że wygląda odpowiednio, obmył ostatni raz twarz, chwycił plecak i wyszedł. Za pół godziny miał grać.
Muzyk nie był specjalnie znanym muzykiem, właściwie to nie był ani trochę popularny. Jego muzykowanie opierało się na jeżdżeniu od stanu do stanu, od baru do baru i robieniu wieczorem koncertów. Grał na gitarze najróżniejsze piosenki, od starego bluesa, przez szlagiery w rodzaju “Imagine” Johna Lennona, aż przez najróżniejsze rockowe kawałki. Wszystko co można było samemu zagrać na gitarze i zaśpiewać on grał. Własnych piosenek Muzyk miał mało, zawsze kiedy jakąś napisał, nie potrafił jej w pełni zaakceptować, czuł, że mogłaby być lepsza, doskonalsza. Mimo to Muzyk nie narzekał. Lubił to co robił, na brak pracy nie narzekał (Ameryka jest ogromna, a zawsze znajdzie się jakiś bar gdzie będą potrzebować gwiazdy wieczoru), a wędrowne życie mu się podobało. Dawało poczucie wolności, wolności bez której nie potrafił żyć. Muzykowi jeszcze się nie zdarzyło tęsknić za domem (owszem, miał w Chicago malutkie mieszkanie, odziedziczone po kuzynce, ale bywał tam bardzo rzadko), założeniem rodziny, znalezieniem sobie stałej pracy itp. Miał przeczucie, że nie potrafiłby w ten sposób żyć.
Bar w którym dawał dzisiaj koncert nie różnił się specjalnie od innych barów, w których przyszło mu grywać. Było to miejsce w samym środku małego miasteczka, do którego przychodziła po pracy większość mężczyzn, żeby odpocząć, napić się, pogadać, lub zapomnieć. Co ładniejsze (a przynajmniej te hojniej obdarzone biustem) dziewczyny dorabiały tu sobie jako kelnerki, a alkohol lał się strumieniami. Słowem, zwykła knajpa, jakich wiele przy amerykańskich autostradach. Muzyk usiadł przy barze i skinął barmanowi. Łysy jegomość bez słowa schylił się i po chwili podał Muzykowi czarny, płaski futerał. W jego wnętrzu znajdowała się gitara jazzowa, tak naprawdę jedyna rzecz jaką Muzyk szczerze kochał i której nikomu za nic by nie oddał. Postawił swój skarb obok wysokiego stołka, uśmiechnął się i zamówił małe piwo. Dla poprawy głosu, naturalnie. Barman wydawał się miłym gościem, z gatunku takich którzy lubią spokojne życie, jedzenie kanapek z szynką przed telewizorem, cotygodniowy wyjazd pickupem na ryby, albo polowanie. Szybko nalał piwo i postawił przed Muzykiem, który wypił połowę jednym, starannie wypracowanym, łykiem. Nie stresował się specjalnie, w końcu to nie był jego pierwszy występ. Najważniejsze to wyglądać na scenę na lekko oderwanego od rzeczywistości, mieć dobrze nastrojoną gitarę i co jakiś czas dziękować publiczności za to, że istnieją. Wtedy wszystko idzie dobrze.
I nadeszła ta chwila, ta w której czas na chwile się zatrzymuje, milkną ludzkie głosy, napięcie sięga zenitu, a powietrze zaczyna parować. Moment tuż po tym jak właściciel baru zapowie Muzyka, Muzyk wejdzie na scenę, usiądzie na wysokim stołku, położy gitarę na kolanie i ułoży ręce do pierwszego akordu, ale go jeszcze nie zagra. Jeszcze nie, najpierw musi zlustrować wzrokiem publiczność, zobaczyć napięcie na ich twarzach i emocje unoszące się w powietrzu. Ta chwila trwa dosłownie sekundę, sekundę w czasie której wszystkie zmysły Muzyka wyostrzają się maksymalnie, czuje zapach potu i alkoholu unoszący się w sali, idealnie wyczuwa chropowatość strun pod palcami lewej dłoni, widzi każdą zmarszczkę na twarzy siedzącego najbliżej sceny faceta. Czasami, zwykle po alkoholu, Muzykowi wydaje się, że jest muzykiem jedynie dla tych kilku sekund przed samym występem. Niestety ta chwila powoli odpływa i należy wziąć się do roboty, bo publiczności nie można zbyt długo w tej ciszy trzymać. Muzyk powoli szarpie struny i przysuwa twarz do mikrofonu. Zaczyna występ od “Boom boom” Hookera, potem pewnie zagra coś Frusciante’go, Waitsa, albo McKenzie’ego. Z resztą to już nieważne, z czasem emocje Muzyka biorą górę nad wszystkim innym, publiczność przestaje być przez niego dostrzegana, czuje gitarę, jakby to było zwierzę, nie przedmiot. Gra i śpiewa kolejne piosenki z zamkniętymi oczami, muzyka go wypełnia i tylko ona jest rzeczywista. Już nawet nie wie co gra, ważne, że gra i robi to dobrze, bo publiczność bije mu brawa. Muzyk gra więc dalej, bo jest muzykiem. Taka jest jego rola.
Muzyk siedzi przy barze. Występ właśnie się skończył, ludzie klaskali, a gdy zszedł ze sceny gratulowali mu, kilku miłych ludzi nawet stawiało mu alkohol. Teraz Muzyk siedział na tym samym miejscu co przed koncertem, sączył powoli bourbon i patrzył jak kolejni klienci wychodzą z baru i idą w noc. Wiedział, że jest sobota i zagra tu jeszcze raz, jutro wieczorem, ale teraz nawet o tym nie myślał. Muzyka krążyła w jego żyłach, wypełniała go całego i była słyszalna w jego uszach. Teraz Muzyk nie martwił się tym co będzie jutro, co zrobi, na co wyda pieniądze i jak będzie dalej żył. Teraz istniała tylko muzyka.




to jest straszliwie nuudne (albo ja nie mam nastroju ma czytanie opowieści o statycznym muzyku)- napisz coś o staniu przy głośniku, o skakaniu z barierki, o dłoniach unoszących spocone cielska, o upadaniu w pogo i o podnoszeniu przewróconych
ło jeju, jakie to długie :O no dobra, podołamy…
hm. podobało mi się, ale… jak dla mnie obrzydliwie na siłę amerykańskie
Na siłę? Bez przesady, raptem dwa trzy razy o tej nieszczęsnej Ameryce wspomniałem
aaale mi chodzi o usilne próby wejścia w klimat a nie samo słowo xP
Ironizowałem
Ale przeszkadza ci, że historia dzieje się w Ameryce, tamtejszych barach itp? Dla mnie to pasowało do klimatu opowiadania
oj nie chodzi mi o miejsce akcji ale uchhhh wiesz jaka dzisiaj jestem xP no, wysłów się! nooo, chodzi mi o to, że ta próba oddania klimatu jak dla mnie jest trochę nietrafiona i sztuczna, choć nie potrafię wskazać punktowo, by coś zarzucić ^^’