
“If you wouldn’t mind, I would like it blew
And If you wouldn’t mind, I would like it loose
And If you wouldn’t care, I would like to leave
And If you wouldn’t mind, I would like to breathe”
Nirvana “Blew”
Nirvana to jest dla mnie swego rodzaju zespól legenda. Nirvany słuchałem na końcu podstawówki i na początku gimnazjum i pamiętam jak bardzo kochałem ich muzykę, jak wiele energii ona w sobie miała. Potem Nirvana poszła w odstawkę, a na jej miejsce przyszły inne zespoły, często lepsze muzycznie i ciekawsze w warstwie tekstowej, ale Nirvana zawsze gdzieś tam we mnie siedziała. W końcu pierwszych miłości się nie zapomina.
Ostatnio wróciłem do Nirvany, w gruncie rzeczy sam nie wiem dlaczego. Może z powodu nostalgii, może dlatego, że ostatnio przypadkowo słyszałem kilka jej piosenek, a może zwyczajnie miałem ochotę posłuchać trochę dobrej, grunge’owej muzyki. Tak czy siak wrzuciłem “Bleach” (ich pierwszy album) do odtwarzacza i dałem “play”.
Podobało mi się. Może i nie był to już ten czar co trzy-cztery lata temu, ale muzyka nadal do mnie trafia. Może i ich muzyka faktycznie nie jest jakoś specjalnie wybitna pod względem muzycznym, ale to akurat nie jest dla mnie najważniejsze. Jak już kiedyś pisałem najważniejsza jest pasja w muzyce, a ja to u Nirvany czuje.
No i co ważne ta muzyka dobrze się kojarzy, otwiera te szufladki w sercu, które warto otworzyć. Pozwala rozczochranym myślą wylecieć na zewnątrz i robić pogo wokół mojej łepetyny. Bo myśli rozczochrane to są myśli niepokorne, takie które każą ci śpiewać ze znajomymi “Spodnie w GS’ie” na cały głos w autobusie, albo robić pogo pod Złotymi Tarasami. To są myśli pozytywne, carpediemowskie i z lekka szalone. Albo nawet nie z lekka. Przywoływane są piękne wspomnienia i ludzie o których nigdy się nie zapomni, a przynajmniej ze wszystkich sił się tego nie chce. To ile akordów występuje w piosence pełni w tym momencie drugorzędną rolę, albo i siedzącą w jeszcze dalszym rzędzie. Najlepiej za kolumną.
Nirvany nie przestanę nigdy lubić. Może będę jej słuchał, tak jak teraz, okazyjnie, ale nigdy o niej na dobre nie zapomnę. W końcu nie powinno się zapominać o dobrych wspomnieniach




a ja żałuję ,że zaczęłam ‘rockowanie’ od nirvany. mogło być od the doors ,IM i ac/dc , haha.
Nirvana ma swoje miejsce i w moim muzycznym sercu.
Pasja tak, świetny grunge, świetna perkusja, fajne teledyski, dobry wokal, magiczny unplagged, w dużej mierze odpowiadający mi światopogląd (feminizm, demokraci a nie republikanie, muzyka przeciwko rasizmowi). Poza tym – wiadomo – trampki, koszule w kratę, pogo na szkolnych dyskotekach, malowanie anarchii na murach i rozpieprzanie się. Takich szaleństw się nie zapomina.
http://pl.youtube.com/watch?v=AQmyXX9hPU0
Oh well, whatever, nevermind…
Masz tak z Nirvaną, jak ja z Ajronami!
To nie umiera. Never! : ))