
“Niech słowa pięści zamienią w szum wody
Niech przyjdą noce szalonej miłości
Niech to co wzięte zostanie oddane
Niech to co inne zostanie pokochane
Niech miłość płonie w świetlistej koronie”
Wilki “Aborygen”
Wiecie co to jest szał twórczy? Ale taki prawdziwy? To jest wtedy kiedy zostajemy na chwile wyjęci poza szarą rzeczywistość, kiedy nasz umysł zostaje pochłonięty tylko tym co w danej chwili robi i ignoruje wszystko inne. To moment kiedy twórca staje się szalony, opętany przez własną pisanine, muzykę, czy malowanie. W takim stanie nie jest się do końca sobą i mało ma się wspólnego z tym człowiekiem, który codziennie je rano śniadanie i śpieszy się na autobus i boi się, że utknie w korkach. Kiedy jest się w amoku to liczy się tylko tworzenie i nic więcej. Nie ważne ile czasu się już nie spało, ani ile czasu minęło od ostatniego posiłku. O tym się zupełnie nie pamięta.
Kiedy człowiek jest w amoku to tworzy sztukę najlepszą. Pomysłów ma się wtedy od groma, one nie tyle rodzą się w głowie, co ją bombardują, ręce pracują z szybkością karabinu maszynowego a oczy tylko migoczą osobliwym blaskiem widocznym jedynie u ludzi zakochanych, albo obłąkanych (jedno w gruncie rzeczy nie jest tak odległe drugiemu). Jestem pewien, że Beethoven w takim właśnie amoku komponował “Dla Elizy”, a Mickiewicz pisał “Pana Tadeusza”. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
Niektórzy artyści w ramach wsparcia szału twórczego używają jointów, albo alkoholu. Czy to pomaga nie wiem, nigdy się takimi “wspieraczami” nie traktowałem przy tworzeniu, ale na pewno pomagają one w zatraceniu się, odcięciu od wszystkiego co rzeczywiste, a skupieniu się na tym co artystyczne. Gorzej tylko kiedy dla twórcy ważniejsze stają się same używki od artyzmu. Wtedy już nie jest tak fajnie. Ale dopóki ktoś dzięki temu świństwu tworzy genialne dzieła to niech bierze, w końcu to jego życie.
Jednak moim skromnym zdaniem najlepszy jest amok który nie pochodzi od żadnych środków pobudzających, tylko z serca, z czystej pasji tworzenia. Mnie parę razy trafiło takie coś i jest to cudowne. W tym momencie pisanie było dla mnie rodzajem katharis, wyzwolenia, gdzie wszystkie myśli, emocje itp. wylewałem na klawiaturę. Cudowna sprawa.
Niektórzy twórcy których znam mówią, że są “wypaleni”, że “nie mają weny” do pisania. Ja wręcz przeciwnie, płone i mam zamiar płonąć dalej, pisać, tworzyć i żyć. Blues!
PS. Caleb, dzięki za inspiracje




Natchnienie, to jest kubek kakao z wanilią i tosty z pietruszką w oregano i sosie czosnkowym. To PJ Harvey i Bruno Schulz. To przekrzywiony beret na głowie.
Smak życia.
racja, że dobrze jest pisać pod wpływem, a już najlepiej pod wpływem miłości, nie ważne czy szczęśliwa czy nie, ja gdy mnie trafiło jak piorun najwięcej pisałem, wierszy, artów itd.
Tak,to cudowne uczucie…tęsknię za nim,bo nistety porzuciło mnie dłuższy czas temu…;/
to jakaś aluzja do mnie była z tą weną? daruj sobie.
Pismaki to pół biedy, ale pomyślcie co się dzieje, gdy zapał twórczy wspierają alkoholem np architekci…
“to jakaś aluzja do mnie była z tą weną?”
Nie