Feed on
Wpisy
Komentarze

Wstawanie po jedenastej. Czytanie “Nie-boskiej komedii” Krasińskiego. Picie alkoholu. Niechęć do pisania czegokolwiek, poza kiepskimi wierszami. Absolutna bezczynność w każdej sferze życia.

Kochanie jest jak papieros, kochanie,
prawda? Zaciągamy się nim z rozkoszą
chociaż wiemy jakie to niebezpieczne.
Boimy się konsekwencji, boimy sie zdychać
trawieni przez raka duszy
i udawać, że wszystko jest w porządku.
Korzystamy ze wszystkich możliwych filtrów,
a i tak żyjemy w ciągłym strachu,
że papieros się wypali i zostaniemy tacy
wygłodniali, z pustymi ustami.

Ostatnio mocno oberwałem. Nie jestem typem osoby, która ma ochotę wywrzeszczeć swoje cierpienie, pokazać je całemu światu, wyrzygać się intelektualnie i patrzeć na reakcje przyjaciół, znajomych, przypadkowych ludzi. Wolę się gdzieś zaszyć zwinąć w kącie i powoli, skrupulatnie wylizywać rany. W końcu ból powinien przejść, a to co nas nie zabije, to nas wzmocni. Najgorzej jest wtedy, gdy cierpienie nie odchodzi. Wtedy wiara będzie lepiej odchodzi.

Przeraża mnie i przerasta to, jak bardzo potrafię być rozchwiany emocjonalne. Z chwili smutku jestem w stanie przeskoczyć w stan radości i histerycznego śmiechu. Umiem świetnie się bawić przez kilka godzin na mieście, tryskać dowcipem i uśmiechem, robić za dusze towarzystwa, a po powrocie wpaść w dół, siedzieć przy kompie, słuchać The Doors i mieć wszystkiego dosyć.

Tak, mówcie mi emo. Cholernie zabawne.

Ostatnio nie mam pojęcia co robić z życiem. Uciekam od monotonii każdego dnia, a jednocześnie nieustannie się w nią zatracam. Nie mam żadnych pomysłów, poza wychodzeniem, kręceniem się, gadaniem i spaniem. Chciałbym żeby coś się zaczęło dziać, porwała mnie jakaś trupa cyrkowa i zmusiła do występów z końmi przed publicznością, zaczęła się szkoła i zmuszała do harowania po dwanaście godzin w ramach kształtowania własnej przyszłości. Coś, żeby odeszła nuda i myślenie.

Problem w tym, że nie chce mi się samemu szukać. Jestem zbyt leniwy. Nie dałem ogłoszenia o prace, nie szukałem sobie dodatkowych zajęć na wakacje, nie organizowałem sobie obozu/kolonii/chuj wie czego. Jakoś tak wyszło.

Póki co trwają wakacje. Pogoda się zepsuła, wszyscy śpią, a Ute Lemper śpiewa o whisky i małych chłopcach, których pragnie. Zawsze coś. Potem się wstanie i coś wymyśli. Ale to potem.

Mów co chcesz, Kochanie.
Powtarzaj tezy jebanego Ministra Zdrowia.
Ja i tak będę żałował, że rzuciłaś palenie.
Sam filtr mi jakoś nie chce smakować
chociaż jest tak cholernie bezpieczny.

“Serce pęcznieje, nabrzmiewa,
Wesele musuje w ciele,
Można oszaleć z radości,
O, moi przyjaciele!

Od stóp do głowy krąży
Potok niepowstrzymany!
Pomyślcie, co się dzieje!
Jaki to pęd opętany!”

Julian Tuwim- “Wiosna”

Wysoka, przezroczysta szklanka pełna zimnej, ożywczej wody, obok głośnik głośnik wypełniający przestrzeń muzyką Armanda Amara. Okno, które wpuszcza pocięte przez żaluzje światło prosto na moją nieruchomą twarz. Delikatny przeciąg zmuszający włosy do ruchu, skórę do odczuwania a myśli do wpływania, na nowe rejony. Do przesady żywa bezczynność, bezruch wypełniony pulsującym istnieniem, istnieniem tak wyraźnym i wszechobecnym, że nie może do końca zmieścić się w Moim Małym Świecie. Przez zmysły zmysłowo poskręcany siedzę i Jestem, jestem częścią tego wszystkiego, co się w okół mnie dzieje, co wiruje tańczy, śpiewa i przytula mnie ze wszystkich stron. “Niech mnie ktoś przytuli.”

Dojmujące brzęczenie w głowie, głowie wypełnionej różnymi głosami, pełnej smogu miasta i czułego zapachu perfum, oraz powietrzem, takim rozległym i czystym, takim łąkowoniebiańskodrogowym. Takim, w którym się dusza unosi, odrywa się od ciała i leci w górę, gdzieś tam. Wylatuje przez twarz, przez uderzenia gorąca jakie tam sie pojawiają, przez łzy, przez chłód na policzkach, przez dźwięki w uszach i wypełniający czerep świeży zapach. Może być na przykład trawy, ale w sumie nie musi. Przez twarz dusza wyskakuje na małą przerwę, na małą Przygodę i to właśnie taką, przez duże P, przez duże Emocje i przez duże Uczucia. Inaczej nie można.

Chmury i samoloty hałasujące wokół mnie, odcięte co prawda wielkim kawałkiem betonu, ale zawsze gdzieś tam są. One sobie pewnie tańczą. Nieustanny mechanizm istnienia, artystycznego wyzwolenia nawet tam, gdzie teoretycznie go nie ma. Jeden wielki taniec emocji, które oddalają się ode mnie i przesiąkają wszystko, nawet najprostsze sprawy, czynności w których ich wcale nie powinno być. A jednak one są i nic sobie nie robią z takiego gadania, są i nie przestaną dopóki ja tu jestem.

I nawet nie trzeba się ruszać. Wystarczy istnieć.

“Wzdycha tak jak tygrys, gdy mu się krew lśni
płacze tak, że jak deszcz lecą z jej oczu łzy
a gdy kłamie to tak, że wierzysz w każdą rzecz
ale nie gniewaj się taka po prostu jest

Gdy będą stukać do twych drzwi przy tobie będzie stać
tak wychowały ją ulice brudnych miast”

The Analogs “Dziewczyny z brudnych miast”

Kiedy nasz świat, cały świat, sprowadza się jedynie do brudu i beznadziei, do kilku kroków stąd do tamtąd, codziennego odwiedzenia tych samych miejsc, wymawiania tych samych słów. Co mamy robić kiedy nasze aktorstwo zaczyna grać nami, kiedy całe życie nie jesteśmy tym kim naprawdę chcielibyśmy być? Czy w takich momentach człowiek jest w stanie się zatrzymać, zaprzeć nogami ze wszystkich sił? Zdzielić życie po ryju i pokazać kto tu rządzi? Nie wiem.

Nikt nigdy nie wmawiał nikomu, że człowieczeństwo jest łatwe, że jest proste i przyjemne jak bajeczka, że wystarczy być okropnie nieszczęśliwym Kopciuszkiem, żeby wszystko ułożyło się dobrze, że wystarczy zgubić przypadkiem jakiś cholerny pantofelek. Czasami jednak się okazuje, że nasze małe nieszczęścia nie są tak uroczo filmowe, że życie nie jest wcale jakimś pięknym balem, pełnym miłych, dobrych i życzliwych manekinów (bo na pewno nie ludzi). A szkoda. Prawda?

“To wszystko absolutnie nie ma sensu! Czysty idiotyzm!”. Łatwo tak powiedzieć. Łatwo, kiedy widzi się jak bardzo ludzka jest głupota i zawiść, jak wiele prymitywnych i beznadziejnych uczuć w nas drzemie, jak dziwacznie poskręcane są nasze instynkty. Zawsze można wyjść z założenia, że autor naszego świata, naszego życia jest fatalny, fabuła jest nieciekawa i źle ułożona, główna postać nudna i bez charakteru, a cała reszta zwyczajnie idiotyczna. Warto tylko sobie postawić pytanie kto tym autorem jest.

Można się użalać nad syfem wokół nas, nad tym, że nasze miasto nie jest jakimś zajebanym Miami, gdzie ludzie srają luksusem, brylantami i własnym pięknem. Tylko po co? Przecież nawet w tym całym brudzie można żyć w prawdziwym raju, może nie aż tak wytwornym i eleganckim jak książęcy zamek, ale jednak cholernie pięknym. Tylko, że do tego trzeba mieć minimum wiary, odwagi smaku i charakteru. Wierzę, że ty, Czytelniku, to masz.

Możemy ustawiać się na wystawach, prezentować swoje nieszczęście stojąc na plastikowych krzesełkach, wykrzywiać twarz i ręce i intelektualnie się masturbować tą chwilą, kiedy wszyscy nam współczują. Ach, och i ech. Tylko, że to do niczego nie prowadzi. Jasne, żyjemy w trudnym świecie, świecie który nie stawia na jednostkę, nie wynosi nas na piedestał, nie dba o nas. Dlatego jeśli świat o nas nie dba, to my musimy wreszcie zacząć.

“Ptak troskliwie buduje gniazdo z piór i gazet.
Cicho, w sennym koncie, i nocą, bez świadków
ciałem ogrzewa swoje drobniutkie nie zapłodnione jaja
Chociaż przeznaczone by w sobie skrywać ruch
nie są jednak dość drobne by do nich
nie mogła wpełznąć śmierć”

Milan Dobricic “Śmierć”

Brak umiejętności wyklucia się jest dla duszy człowieka bardzo bolesny. Chociaż szarpie się jak tylko może, napina wszystkie siły, wrzeszczy (ale po cichutku), gryzie (ale leciutko), drapie (ale paznokcie ma świeżo przycięte) i miażdży (ale do miażdżenia ma tylko siebie). Mimo, iż robi to wszystko, nic z tego nie ma, żadnego pożytku, żadnej reakcji świata. Skorupka trzyma się mocno i zwarcie i nie puszcza, zupełnie jakby drwiła, śmiała się ze wszelkich starań, machała przed dzióbkiem palcem mówiąc “Ni ma. Ni ma!

I jest furia i jest gniew i jest niespełnienie i jeżenie futerka, kłapanie ząbkami i bębny grające w głowie bojowy rytm. Łup tup łup tup. Czasem gdzieś tam między łuptupy wplecie się dźwięk zawodzących skrzypiec i pijacki motyw na fortepianie. I czuć jak czaszka od środka zarasta tym futrem, tymi ugryzieniami, tą walką straszną w rytm wewnętrznej muzyki. Aż boli.

To w głowie. A na zewnątrz: Trzy kroki. Czajnik z gotującą się wodą na herbatę. kubek wypełniony mieszanką herbaty i cukru. Lekkie oparzenie palców przy muskaniu rączki kubka. Pięć kroków. Wiecznie skrzypiące krzesło. Szary monitor komputera. Nowe wiadomości na onecie. Trzask zapalniczki. Drugi papieros tego ranka. Wyczerpanie. Nuda. Samotność.

W życiu nie można stosować półśrodków. Nie można żyć na jeden fajerek, na kredyt, nie można pragnąć, ale jednocześnie nie chcieć spełniać pragnień. Marzenia trzeba spełniać od razu, a nie może kiedyś, czyli nigdy ;) , jeżeli boisz się sparzyć to nigdy się nie ogrzejesz.

Tyle na dzisiaj.

Przeświergalam

“Ty jesteś starym gratem,
ja cię naprawię zatem.
Zmienię Ci obudowę
i wstawię części nowe.
Będziesz piękny jak dawniej
i będziesz działał sprawniej.
Znowu pokażesz klasę
i zaświergolisz czasem.”

Czesław Śpiewa “Maszyna do świerkania”

Nie mogę się doczekać tych czasów, kiedy powstanie prawdziwa sztuczna inteligencja, kiedy maszyny będą nie tylko działać, ale też myśleć i czuć. Zaczną razem z nami odwiedzać parki, chodzić do kawiarni, tańczyć po parkietach i zachwycać się gwiazdami na niebie. Zaraz znajdzie się tłum chujków, którzy nazwą ich stworzeniami bez duszy, przedmiotami czy potworami i zaczną pod hasłami ocalenia ludzkości wyrzucać ich z miast, kościołów, łąk itp. Jedno wielkie rozmontowanie, przestrach, że istnieje coś innego od nas, coś anormalnego. I strach zamieniający się w gniew, gniew usprawiedliwiany moralnością, zemsta na obcym zatwierdzona przez Dobro… Naprawdę, jeżeli to jest miłe Bogu to jest strasznym skurwysynem.

Umiejętność odkręcenia sobie głowy i zostawienia jej w pokoju na fotelu byłaby wielce przydatna, nieprawdaż Czytelniku? Wyobraź to sobie, bierzesz ładny, złoty śrubokręt, wykręcasz kilkanaście malutkich srebrnych śrubek, chwytamy się delikatnie za włosy i ciągniemy. Z lekkim hukiem głowa wyskakuje z szyi, układamy ją ładnie na poduszkach, do ust wkładamy śrubki, żeby się nie zapodziały, a dziurę w szyi związujemy arafatką i przykrywamy stylowym, czarnym kapeluszem. Tak oporządzeni możemy ruszać w tan, bez zbędnych myśli, bolącego obciążenia, cholernej kuli u szyi, która ciągnie nas w przeciwną stronę do ciała. Bo ciało chce zabawy, chce hucpy, chce w tan we wte tete a tete te. Nic tylko nakręcić nóżki i stepować.

W tym czasie kamienne gargulce będą gapić się ze starych dachów i między nastrojeniem jednego mechanicznego wróbelka i pogonieniu rozbestwionego diabła, zanucą nam jakąś wesołą piosenkę. Akordeon zagra wesoło, ptaki polecą synchronicznie w górę i w dół i cały świat będzie przypominał Eden. Tylko, że ten nasz Eden będzie kamienno-mechaniczno-sprężynowo-sztuczny. Ale na to przecież wcale nie trza zwracać uwagi, miłosierny Panie!

Podczas wesołego zmechanizowanego życia nie ma co się martwić, zawsze można chwycić za kamerton i nastroić nóżki, rączki, głosik, czy skrzydełka. Wystarczy odrobina  uwagi i już świergolimy tak jak chcemy, piękniej  niż ktokolwiek. Ależ cudownie, ależ wspaniale!

Tylko trzeba pamiętać wynieść w końcu tę głowę do recyklingu. Zajmuje fotel na którym powinno leżeć dupsko.


“Wybudujemy wieżę -
wierzę, wierzę, wierzę…
Choć różne słowa, różny kolor skór
Byle się tylko znaleźć
w pozaziemskiej sferze
Gdzie szczyty gór
Gdzie pośród chmur
Można się z Bogiem samym oko w oko zmierzyć.”

Metro (musical) “Wieża Babel”

Człowiek jest słaby i grzeszny. Człowiek to zwierze, człowiek to puch marny, to śmiertelna kupa białka, to nicość wobec istnień wielkich, tak wielkich, że malutki homo sapiens nic przy nich nie znaczy. I nie jest to Nic w sensie przytłaczającej pustki, jest to drobniutkie przez nikogo nie zauważone nic.

Wszechświat, Bóg, Śmierć etc. jakie to są dumne słowa. Takie Pompatyczne, Wzniosłe, Nieśmiertelne i Wielkoliterowe. Od zawsze głoszono, że człowiek to maluczki jest przy nich, że się właściwie nie liczy, że jest o taki, taki drobniutki. Właściwie jakby go nie było, jego życie, uczucia czy śmierć przy czymś tak ogromnym się nie liczy. Człowiek jest niżej.

Zawsze mnie takie myślenie mierziło, średniowieczna filozofia o marności człowieka, o pochwale upodlania się, utrzymywania własnej niemocy i błagania, na kolanach, na podłodze, czołgania się, ślinienia, stękania i umęczania. Tak jakby człowiek od zawsze musiał przepraszać cały świat za to kim jest, za to, że nie jest lepszy, idealny, wręcz boski, tylko tak dojmująco ludzki.

Nie twierdzę wcale, że człowiek jest ideałem i że powinien być stale pyszny i dumny z każdego swojego zachowania. Bo to prawda, w człowieku jest wiele słabości, lecz nie powinno się tylko na nich skupiać. Wręcz nie wolno.

Bo przecież człowiek codziennie dokonuje czynów, które muszą być pamiętane, które może i nie są tak medialne zamiana wody w wino, ale równie wspaniałe, jak nie bardziej. Potrafimy wszak kochać, kochamy pięknie i namiętnie, kochamy różnie, deszczowo i pogodnie, ale kochamy. Mamy marzenia i dążymy do nich. Zachwycamy się nawzajem Umiemy się wspierać, podnosić się z bruku i iść dalej. Umiemy być piękni i tworzyć piękno, a na dodatek mądrze łączymy to z mądrością. Zdarza nam się odwaga i dobroć, oraz solidarność. Powiedzcie, czy to nie jest piękne?

Zaraz jakiś Ważny Czytelnik powie z cynicznym uśmieszkiem, że wybrałem tendencyjnie tylko pozytywne cechy. Oczywiście, że tak. Ale szczerze mówiąc wolę bardziej na nie zwracać uwagę, niż na zawiść, głupotę i agresje. Człowiek w końcu jest mieszaniną jednego i drugiego i w tym wszystkim jest na swój sposób wspaniały. I ja to wielbię i chwale! I wierzę, że człowiek może stanąć oko w oko z Bogiem. Jak syn przed ojcem, a nie sługa przed panem.

Dręcz mnie, bejbe!

“Tu jasne są przestrzenie i widzę krągłość Ziemi,
Gdy czasem wiatr podrzuci mnie ponad czarny las,
Bez lęku tańczcie dalej w gęstwinie własnych cieni,
I tak nikt nigdy nie zobaczy was…”

Jacek Kaczmarski “Pejzaż z szubienicą”

Nie umiem ostatnimi czasy popełnić samobójstwa. To jednocześnie smutne i wesołe, dobre i złe, słodkie i gorzkie, rzeczownik i rzeczownik. A przecież popełniałem samobójstwo już wielokrotnie, czasami chcąc to zrobić, chcąc oddać się tej perwersyjnej przyjemności samospalenia, a czasami po prostu tak się, nomen omen, życie układało. Zabijałem się w myślach i uczuciach, ginąłem w snach i cudzych oczach, tańczyłem na własnym grobie i ciągnąłem karawan. Nawet znicz co któreś samobójstwo potrafiłem zapalić, takim dobry.

A ostatnio tego nie potrzebuje, ostatnio mi to nie smakuje, zrobiło się samobójstwo, miast słuszne i zbawienne gorzkie i mdłe, teraz czas odśpiewać pochwałę życia. Wiosna wróciła do łask Boga, to i Człowiek rozkwita, odżywa, a z kul u nóg wykluwają się skrzydła. Anielskie, a co!

Dobrze jestem czasem powisieć na szubienicy, ale wypada też z niej zejść. Wisząc na sznurze nie poczujemy trawy pod stopami, nie pośpiewamy do ludzi ani nie doskoczymy do nieba. Możemy wisieć, kontemplować ból rzeczywistości i w tym trwać, ale czasami człowiek ma dość. Wszystko się może przejeść, nawet zabijanie.

Grunt, że Kimya Dawson nadal gra :D

Two minutes to midnight

“Chorus
The killers breed or the demons seed,
The glamour, the fortune, the pain,
Go to war again, blood is freedoms stain,
But dont you pray for my soul anymore.
2 minutes to midnight
The hands that threaten doom.
2 minutes to midnight
To kill the unborn in the womb.”

Iron Maiden “Two minutes to midnight”

Cudowny jest ten moment kiedy nie można zasnąć, nie dlatego, że się nie może, tylko, że się nie chce. Leży się wtedy, słucha tego co się w okół dzieje i jedyne czym się zajmujemy to istnieniem. Wbrew pozorom dzieje się dużo, zawsze w nocy dzieje się dużo. Kulawy diabeł skacze po dachach i zagląda bezczelnie przez okna, czarny kocur przebiega cicho, cichutko przez ulice, a dawne bóstwa, których już nikt nie czci, wyją żałośnie do księżyca za dawnymi czasami. Co jakiś czas pod oknem przemknie jakiś wąpierz, żeby pójść do zapyziałego baru i napić się wódki, zabić nudę, którą daje wieczne życie. I tak przez całą noc, ty tylko leżysz i słuchasz i obserwujesz zamkniętymi oczami. Jak upiór, tylko brakuje opery.

Potem człowiek budzi się, wkłada płaszcz i buty ze stukającymi podeszwami (prawdziwe buty muszą mocno uderzać o chodnik) i wychodzi na świat słoneczny, świat spalinowy, świat żywcem wyjęty z “La valse d’Amélie” Yanna Tiersena, wypełniony muzyką akordeonu, szmerem naszych głosów, chrobotem Warszawy i radością serc. Idziemy raźnym krokiem przez miasto, schylamy lekko głowę przed okienkiem starej kamienicy, w której odpoczywa w kurzu diabeł i kruszymy trochę chleba, żeby rzucić okruchy gołębiom. Trójca święta swoją drogą, ale miejskim demonom też ofiarę wypada złożyć. Chce się żyć, chce się tańczyć walca, zanucić “New york new york” Sinatry i iść dalej. tup tup tup.

Wieczorem po ciężkim dniu stukamy podeszwami trochę mocniej, czując na plecach ciężar zmęczenia. Szalik wije się po ramionach, kurtka opada z sił i układa się na mnie do snu. Gołębi już nie ma, odleciały załatwiać swoje demoniczne sprawy, czarny kocur powoli przełazi z jednego dachu na drugi, a ja stukam coraz szybciej podeszwami. Stuk, puk, stuk, puk, chód, bieg, więc biegnę, tańczę bieganego walca między kamienicami. Oddaje hołd powstańczym pomnikom, uśmiecham się do Pana z Gitarą i lecę dalej. Chyba gołębie mnie lubią.

Wszechogarniający kosmos czy brukowana uliczka, północ czy południe, Lucyfer czy Gołąb i tak jest magicznie i tak się żyje. Nigdy nie będzie takiego życia ;)

Ja naprawdę kocham żyć

Starsze wpisy »